SMS z 2700 m n.p.m.

Sierpień 30, 2009

Dzisiaj, godzina 16:10 czasu polskiego:

Żyjemy! Jesteśmy na 2700, pijemy właśnie herbatkę i śpimy w domku. Czyli, krótko mówiąc, nie możemy uwierzyć w to, jak bardzo cywilizowana jest to góra 😛 Mamy zaciesz 😛

Reklamy

Dzień przed wyprawą na Kilimandżaro

Sierpień 29, 2009

No i stało się. Polały się pierwsze łzy. Wzruszenia oczywiście 🙂 Zapewne nie tak trudno zgadnąć, czyje to też łzy były… Ale zacznijmy od początku 🙂

A początek miał być o 6 rano. Ale niestety… nasza koleżanka Magda tylko trochę poradziła sobie z ustawieniem budzika, przez co wstaliśmy o 6.56 – 4 minuty przed teoretycznym przyjazem autobusu, który miał nas zabrać do Arushy. Jeszcze chyba nigdy nie pakowaliśmy się w takim tempie. Ostatecznie okazało się, że całkiem niepotrzebnie, gdyż autobus przyjechał o 8.20… ponieważ firma, od której wynajęliśmy autokar o nas zapomniała. Rano mieliśmy też okazję spotkać Josha, który uratował nam życie, pożyczając przejściówkę. Jest więc nadzieja, że nasza kamera, aparaty i telefony, dotrwają do końca wyjazdu.

Potem czekała nas długa i niełatwa jazda do Arushy. Każdy z nas ma w tej kwestii swoje własne wspomnienia… Pomijając niewygodne pozycje, sporym przeżyciem było dla nas kupowanie tanzańskiej wizy, a w końcu sam wjazd do Tanzanii…

To zupełnie inny świat, nieporównywalny z cywizilzacją, która czekała na nas w Nairobi. Jesteśmy tu chyba o krok bliżej prawdziwej Afryki. Jechaliśmy przez stepy, mijaliśmy zakurzone wioski, kobiety z wiadrami i koszami na głowach, Masajki, strusia, zebry, wielbłąda, martwą krowę, wielkie kaktusy, kopce termitów i wiele, wiele innych atrakcji… Aż dojechaliśmy do Arushy. I rozpoczęliśmy negocjacje w kwestii ceny za wejście na Kilimandżaro. Tu niezastąpiona okazała się Kasia, dzięki której zapłaciliśmy ostatecznie dużo mniej, niż mieliśmy zapłacić.

Potem poszliśmy na tanzański obiad, po drodze mijając budynek, z którego dochodziła muzyka… Postanowiliśmy wstąpić na chwilę. Okazało się, że kościelny chór właśnie odbywa próbę. I to tam pojawiły się łzy. Pierwszy raz mieliśmy okazję obserwować Afrykę z bliska, Afrykę bez Murzynów, którzy chcą nam coś sprzedać… A teraz spędzamy swój ostatni spokojny wieczór na normalnej wysokości. Już jutro wyruszamy na Kilimandżaro!

Trzymajcie za  nas kciuki!
My

Anna, Kasia, Magda, Marcin i Zbyszek od jutra będą w trasie, prawdopodobnie nie będą mieli możliwości skorzystać z internetu. Niemniej mają pisać smsy do Josha, które będę Wam na bieżąco przekazywać. Od kiedy mają przejściówkę, można do nich przysyłać wiadomości na polskie numery telefonów komórkowych. Jeśli chcecie dzwonić, podaję lokalny numer komórkowy, który co jakiś czas włączają:

+254 718 165 675

Sprzed komputera pozdrawia
Jan


Relacja z innej strony

Sierpień 29, 2009

Dzisiejszy list od Josha:

Hi,
I met the group yesterday, they are doing well and enjoying. We talked in length till late hours and again was at the hotel they were staying this morning just before they left for arusha Tanzania. Will try to be in touch with them to know how they are doing till they reach Arusha.

I am to plan an itinerary for them for going to see where Baden Powell was staying while in Africa and the place he was buried, it’s around 4 hours drive from Nairobi. They also wanted to meet my scouts so am to arrange for that, will be touch about their progress.

Chao, and Bravo!

A dla nieanglojęzycznych moje swobodne tłumaczenie:

Spotkałem się z nimi wczoraj, mają się dobrze i są bardzo zadowoleni. Rozmawialiśmy długo do późnych godzin nocnych. Dziś też byłem w hotelu, w którym się zatrzymali, zaraz przed tym jak wyjechali do Arushy w Tanzanii. Spróbuję utrzymywać z nimi kontakt zanim tam dojadą, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Mam zaplanować dla nich wycieczkę do miejsca, gdzie zatrzymał się Baden Powell podczas podróży po Afryce, oraz miejsca jego pochówku. To około cztery godziny jazdy z Nairobi. Chcą również spotkać się z moimi skautami, czym też się zajmę. Będę dawać znać jak im idzie.


Wieczór z nowymi przyjaciółmi

Sierpień 28, 2009

Drugi dzień za nami, kolejne doświadczenia, przygody, nowe znajomości, a przede wszystkim milion kolejnych wizytówek firm, które chcą zabrać nas na safari. Wierzcie czy nie – to nie łatwo być białym człowiekiem w Nairobi, wszyscy chcą nam pomóc, zabrać ze sobą, lub po prostu porozmawiać o życiu. Przez kilka pierwszych godzin było to fascynujace, drugiego dnia zrobiło się nawet odrobinę męczące, ale dajemy radę.

Zwiedziliśmy dziś centrum Nairobi, wdrapaliśmy się na najwyższą wieżę widokową, z której widać całe miasto. Byliśmy tam ciekawą atrakcją dla uczniów, będących na szkolnej wycieczce. Udało nam się też po raz pierwszy zjeść kenijską potrawę –  zielone ziemniaki… albo coś w tym stylu. W każdym razie smaczne 🙂

No i wreszcie udało nam się poznać Josha – skauta, który właśnie opowiada chłopakom o historii Kenii i uczy ich podstawowych zwrotów w suahilli. My siedzimy na sofie z nowym przyjacielem z Szeszeli, który bardzo serdecznie zaprasza nas do swojego kraju w przyszłe wakacje. Kto wie… 🙂

Pozdrawiamy ciepło!!! Przez najbliższe dni nie będziemy mieć pewnie dostępu do internetu, ale nie martwcie się – przeżyjemy!

Trzymajcie kciuki – pojutrze wbijamy na Kili!


Przekroczyć Granice w Expressie Ilustrowanym

Sierpień 28, 2009

W oczekiwaniu na następne listy z wyprawy mam dla Was wycinek prasowy o naszych podróżnikach z łódzkiego dziennika Express Ilustrowany:

Express IlustrowanyStrona z gazety do pobrania w PDFie tutaj.

Jan


Pierwszy list z dalekiej Afryki!

Sierpień 27, 2009

Żyjemy. Dolecieliśmy bez problemów, „problemy” zaczęły się jak wysiedliśmy z samolotu. 🙂 Pierwsze kilka godzin spędziliśmy na lotnisku, czekając aż wstanie świt, a jak tylko wstał, wplątaliśmy się w murzyńską siatkę znajomości.

Zaczęło się od Tourist Information, wydawałoby się niewinna sprawa. Ale nieeee! Pan z Tourist Information skierował nas do hotelu, w hotelu już czekali dobrzy opiekunowie, którzy oprowadzili nas po mieście i zaprowadzili do kilku agencji oferujących między innymi wyjazdy na Safari. Jak tylko opiekunowie znieknęli, zjawili sie inni: którzy chcą od nas pieniędzy, jedzenia, albo po prostu odwiedzin w kolejnym biurze turystycznym…

Mamy już milion wizytówek i dobrych rad. Trzeba jednak powiedzieć, że ostatecznie uzyskaliśmy dzięki temu kilka pomocnych informacji… Mamy już w każdym razie transport do Arushy, skąd startujemy na Kilimandżaro oraz afrykańską kartę telefoniczną. I śpimy w trzygwizdkowym hotelu za 15 dolarów za dobę 🙂 Trzy gwiazdki w Kenijskim rozumieniu, ale warunki są naprawdę świetne 🙂 Mamy telewizor, Cartoon Network i własny sejf 🙂 Wprawdzie po drodze dostaliśmy propozycje tańszych noclegów, ale rozważymy je już po powrocie z Kilimandżaro.

Tymczasem pozdrawiamy z dalekich krajów,
całkiem żywi, zdrowi i szczęśliwi 🙂

My


Dzień 2.

Sierpień 27, 2009

O 9:11 dostałem wiadomość od Josha (skauta z Nairobi) – przylecieli, są w hotelu. Nie odebrał ich osobiście ale są w kontakcie, zostawił im wiadomość w recepcji i będzie do nich zaglądać.