Kurczak, cola, radość i łzy

Cztery słowa, które prawdopodobnie nie charakteryzują w pełni tej wyprawy, ale na pewno były jej istotnymi punktami.

I tak właśnie kurczak dał nam mnóstwo powodów do tego, by o nim opowiadać, zaczynając od tego, że próbując go zjeść należało przejść przez całe Nairobi, co przy tamtejszym ruchu samochodowym i wszędobylskich nagabujących nas do kupienia safari Murzynów wcale nie było takie proste. A kiedy już do baru/restauracji udało się dotrzeć to okazywało się, że ocena, czy mięso na talerzu rzeczywiście jest kurczakiem, może być nieco ciężka. Kurczak będący głównym elementem naszej afrykańskiej przygody – kiedy było można gościł na naszym talerzu – znalazł też swoje miejsce w naszym Kilimanjarowym prowiancie, więc idąc żwawo pod górę i głodniejąc, mogliśmy myśleć o kurczaku, który  zawsze był przygotowany i można go było ze sreberka wyciągnąć wiedząc równocześnie, że w kolejnej bazie na naszej drodze dostaniemy do jedzenia coś o wiele bardziej wymyślnego 😛 Brawa dla kurczaka 😀

Cola… cóż tutaj dużo mówić, zmonopolizowała chyba całą Kenię i Tanzanię, od barów przydrożnych na prawie asfaltowej trasie z Nairobi do Arushy, do nazwy jednej z dróg prowadzących na Kili. A my tej coli wypilismy na pewno duuuuużo litrów. I nie dość, że służyła nam za napój orzeźwiający, to była także wyznacznikiem cen. Mam na myśli, że jadąc w kolejne miejsce naszej wyprawy porównywaliśmy ceny tegoż trunku, co pozwalało nam stwierdzić czy w danym miejscu jest tanio czy drogo i czy nikt na cenach nie chce nam obrobić tyłków. 😛 

Była radość 🙂 i była to radość ogromna 🙂 Zarówno z tego, że udało nam się tam w ogóle dotrzeć jak i z tego, że weszliśmy na Kilimanjaro, z tego że  spotykaliśmy samych fajnych ludzi, z tego że idąc po ulicy tanzańskiego miasta weszliśmy przypadkowo do kościoła, by znależć tam przepięknie śpiewający chór gospelowy grupy ok 50 Murzynów, z tego że moglismy przeżywać chwile jedyne w swoim rodzaju i prawdopodobnie jedyne takie w naszym życium, z tego że byliśmy na safari i oglądaliśmy widoki oraz zwierzęta czy chociażby z tego, że udawało nam się przejść przez miasto i nadal żyć 😛 Po prostu prawie all the time cieszyliśmy się jak dzieci.

I wreszcie łzy –  a i tych było mnóstwo. Towarzyszyły wielu chwilom wzruszeń i radości, ale także chwilom wielkiego bólu, zawodu czy bezsilności. Na szczęście tych ostatnich było mało, a tych pierwszych strasznie dużo. Nawet sobie nie wyobrażam jak wiele naszych łez skropiło zbocze Kili. Może pamiętacie jeden z moich wcześniejszych wpisów o łzach – cóż, na szczycie zapłakać z radości nie mogłem, ale swoje przeżyłem, nikt mi tego nie odbierze i jestem szczęśliwy, że tam byłem i spełniłem marzenie. Szczęśliwy, że wszyscy spełniliśmy swoje marzenie, a dwójka z nas mogła wejść pod tą słynną tabliczkę 😛

Realizujcie marzenia, bo warto – znajdźcie swoje Kili, swojego „kurczaka” i „cole”, swoją dozę radości i łez 🙂 powodzenia 😀

To mówiłem do Was ja – Zbyniu 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: