Pożegnanie z Afryką

Wrzesień 12, 2009

Ostatni dzień w Afryce spędzamy na kupowaniu pamiątek, książek, zwiedzaniu sklepów, na które wcześniej nie starczyło nam czasu. Niełatwo przyjdzie nam wyjechać stąd, wrócić do świata pełnego białych ludzi, świata innej kultury, zwyczajów. Każdy z nas opuści to miejsce z innymi wrażeniami, ale z pewnością pełen nowych marzeń, przemyśleń, postanowień. Jak to zwykle bywa, realizacja jednego marzenia pociąga za sobą tysiące kolejnych, nowych planów. Zwiedziliśmy niewielki odcinek Afryki, a przed nami jeszcze cały świat… Przed nami, przed Wami, przed wszystkimi, którzy nie boją się przekraczać granic.

Do zobaczenia jutro na lotnisku, dworcu, w domu, Internecie… Gdziekolwiek, ale z pewnością w Polsce.
My


Przedostatni dzień w Afryce

Wrzesień 11, 2009

Mimo że jesteśmy tu już prawie trzy tygodnie, Afryka zaskakuje nas każdego dnia na nowo. Dziś zdecydowanie wygrywa matatu – bus jeżdżący po Nairobi. Podróżowanie nim w dzień to wyczyn, ale podróżowanie nim wieczorem… To już prawdziwy hardcore. Murzyni jadący w drzwiach, składający tysiące propozycji i muzyka, o której napisać, że jest głośna, to jakby nie napisać nic… Do tego dyskotekowe światła, telewizor droższy niż bus z pasażerami razem wzięty i impreza gotowa!

Z innych ciekawych zdarzeń: postanowiliśmy zjeść dziś obiad w centrum handlowym, analogicznym do łódzkiej galerii. Stoliki na środku, dużo sklepów z jedzeniem wokół. Różnica polega na tym, że zanim zdążyliśmy usiąść, przed nami wyrosło kilka Murzynów, zasypując nas menu i przekonując, że to właśnie oni sprzedają najlepsze jedzenie…

Oprócz poznawania kenijskiej kultury mieliśmy też okazję zwiedzić tutejsze szkoły, a także uczestniczyć w dwóch spotkaniach skautowych, które w gruncie rzeczy nie mają nic wspólnego z naszymi zbiórkami… Mimo to dużo było w nich zabawy i radości (nasz kolega Josh jest doskonałym liderem :))

Gdyby ktoś był zainteresowany i akurat przejeżdżał obok lotniska – lądujemy w niedzielę o 12:40 na Okęciu 🙂

Pozdrawiamy 🙂
My


Z wizytą u Roberta Baden-Powella

Wrzesień 10, 2009

Kolejny dzień upłynął nam skautowo. Dzięki naszemu przyjacielowi – Joshowi – dotarliśmy do grobu Baden-Powella oraz domu, w którym mieszkał. Zapewne nie zaskoczy Was informacja, że oba miejsca wywołały w nas sporo wzruszenia. To niesamowite być tutaj, w Kenii, tak blisko twórcy skautingu. To przez niego, a właściwie dzięki niemu, jesteśmy w tej chwili tu, gdzie jesteśmy. To skauting dał nam siłę, wiarę i przyjaciół, z którymi bez wahania możemy realizować marzenia. Nawet ciężka i długa podróż daladala nie zniszczyła w nas wspomnień tego miejsca, tego dnia.

A przed nami jeszcze wieczór… który ostatecznie okazuje się tutaj jednym z najciekawszych momentów. Wczoraj znów spędziliśmy w hotelowej restauracji parę godzin, rozmawiając z mieszkańcami Seszeli i Dubaju… Na początku nie było łatwo, ale ostatecznie otrzymaliśmy całkiem ciekawą propozycję, i to nie tylko natury towarzyskiej. Nareszcie! Co z tego będzie, jeszcze zobaczymy, tymczasem rozkoszujemy się ostatnimi dniami w Afryce. Jutro wyruszamy do afrykańskiej szkoły i na spotkanie prawdziwych, kenijskich skautów!

Do usłyszenia!
My


U kenijskich skautów

Wrzesień 9, 2009

Dzisiejszy dzień upłynął nam na skautowych działaniach. Dzięki Joshowi trafiliśmy do kenijskiej Głównej Kwatery, która niewiele ma wspólnego z naszym budynkiem na Konopnickiej. Kenijscy skauci mogą poszczycić się całym skautowym ośrodkiem, pełnym miejsca i sprzętu nie tylko dla szefów, ale i zwykłych harcerzy. Wciąż coś się tam dzieje, trwają też przygotowania do Moot 2010, który będzie miał miejsce właśnie w Kenii. Trafiliśmy nawet na spotkanie szefów kontyngentów na tenże zlot. Oprócz skautów spotkaliśmy sporo małp i psów, równie bardzo zainteresowanych naszą obecnością.

Nasza wędrówka skautowa skończyła się w skautowym sklepie w budynku, nazywanym tu domem Baden-Powella. Do jego prawdziwego domu jedziemy jednak jutro. Z Joshem możemy bez wahania skorzystać z komunikacji miejskiej, co pozytywnie wpływa na nasz budżet. To dobrze, gdyż jeszcze dziś rano zmieniliśmy hotel na odrobinę droższy – Kipepeo. Droższy, ale za to pozbawiony robali. Zgodnie z sugestią towarzyszy powiem to otwarcie – pozbawiony karaluchów. Za to wyposażony w sejf, ciepłą wodę, ręczniki dla każdego i Cartoon Network 🙂

Wieczór znów planujemy spędzić w hotelowej restauracji. To bezpieczniejsze, niż chodzenie po ulicach, a przyspaża równie wiele przygód… Wczoraj na przykład mieliśmy okazję poznać kolejnego Murzyna, który spędził z nami sporo czasu ryzykując kłótnię ze swoją dziewczyną. Nawet zapewnienia Johna przez telefon, że nie musi być o nas zazdrosna, mogły okazać się niewystarczające. Nasz nowy kolega wykazał duże zainteresowanie naszym krajem, oferował też szeroką pomoc w różnych dziedzinach, szczególnie towarzyskich. Z niecierpliwością czekamy na kolejny wieczór i jutrzejszą podróż do Paxtu.

Pozdrawiamy jak zawsze ciepło 🙂
My


Safari, Masajowie i dzikie zwierzęta

Wrzesień 8, 2009

Hello!

Witamy Was po kilkudniowej przerwie. Była to przerwa pełna wrażeń, które niełatwo ująć teraz w sensowne zdania. Jak wiecie, ostatnie trzy dni spędziliśmy na safari. Co to były za trzy dni! Widzieliśmy z bliska, bardzo bliska, w odległości paru metrów od nas: lwy, słonie, żyrafy, zebry, antylopy, hipopotamy, krokodyle, Timona i Pumbę, hieny, lamparty i gepardy, sępy, strusie… i małpy, które ukradły nam banana! Do tego niesamowity wschód i zachód słońca nad parkiem pełnym zwierząt. Poza tym szalony kierowca… innymi słowy – Hakuna Matata! No problem!

Oprócz Masai Mara – parku narodowego – mieliśmy też okazję zwiedzić wioskę masajską. Było to dość dziwne doświadczenie. To na pewno bogata i niesamowita kultura, zupełnie różna od naszej. Zwiedzając ich wioskę mieliśmy jednak świadomość, że wszystko, co dla nas robią, jest na pokaz, dla turystów, którzy gotowi są zapłacić za wejście do wioski. Mimo to udało się zrobić prawie 300 „naturalnych” zdjęć – np. dzieciom, które nie były jeszcze zainteresowane sprzedażą naszyjników i innych pamiątek.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro wyruszymy do obozu skautowego.

Pozdrowienia z Nairobi!
My


We survived daladala!

Wrzesień 6, 2009

Witamy ponownie 🙂

Tym razem piszemy do Was z Kenii. Z Nairobi, do ktorego wróciliśmy po długiej, bardzo długiej podróży daladala – miejscowym autobusem. Od razu zrozumieliśmy znaczenie napisów na koszulkach, które jeszcze wczoraj widzieliśmy w Tanzanii – I survived daladala. Otóż, drodzy przyjaciele, my również survived. A nie było to znów takie proste… W dodatku trzy najblizsze dni również spędzimy w afrykańskim pojeździe, jeżdżąc po afrykańskich parkach narodowych i wypatrując dzikich zwierząt.

Tymczasem powracamy do kenijskich klimatów, zupełnie innych niż tanzańskie… Już minutę po opuszczeniu busa byliśmy otoczeni tą samą siatką murzyńskich znajomości, co pierwszego dnia w Afryce. Okazuje się, że nawet kenijski numer nie jest nam do końca potrzebny, gdyż właściciele firm prowadzących safari dzwonią do nas na numer Murzynów stojących obok, którzy ni z tego, ni z owego podają nam swój telefon, mówiąc, że to do nas…

Wieczór zamierzamy spędzić w hotelowej restauracji, być może w towarzystwie poznanych wcześniej kenijskich znajomych…

Do usłyszenia po powrocie z safari! 🙂

My


Plany na nadchodzące dni

Wrzesień 4, 2009

Po trudach zdobywania Kilimandżaro przyszedł czas na leczenie zakwasów i chwilę relaksu.

Zaczęło się od wieczoru w afrykańskim pubie, w którym wczoraj razem z naszymi przewodnikami z Kilimandżaro siedzieliśmy do 2 w nocy. Początkowo mieliśmy nadzieję pojechać z nimi również na safari, negocjacje wykazały jednak, że ceny safari w Tanzanii są dużo droższe niż w Kenii. Ostatecznie więc zdecydowaliśmy się wrócić do Nairobi. Będziemy tam jutro po południu, pojutrze ruszamy na podbój parków narodowych.

Tymczasem dziś przez cały dzień zwiedzaliśmy Arushę, próbując poznać nie tylko jej główną ulicę, pełną Murzynów, którzy koniecznie chcą nam sprzedać pamiątki, ale też drogi i miejsca zdecydowanie rzadziej odwiedzane przez białych ludzi. W taki też sposób trafiliśmy do murzyńskiej szkoły, poznaliśmy jednego z pracujących tam nauczycieli, odwiedziliśmy trochę stoisk, odprowadzani wzrokiem mieszkańców Arushy. Mieliśmy też okazję delektować się obiadem nieco innym  niż zazwyczaj. Oprócz tradycyjnego kurczaka dostaliśmy specjalne przyprawy i sosy.

Jutro czeka nas wielogodzinna podróż do Kenii – korzystamy więc z ostatnich tanzańskich chwil, myśląc o Was nieustannie 🙂

My 🙂