Z wizytą u Roberta Baden-Powella

10 września, 2009

Kolejny dzień upłynął nam skautowo. Dzięki naszemu przyjacielowi – Joshowi – dotarliśmy do grobu Baden-Powella oraz domu, w którym mieszkał. Zapewne nie zaskoczy Was informacja, że oba miejsca wywołały w nas sporo wzruszenia. To niesamowite być tutaj, w Kenii, tak blisko twórcy skautingu. To przez niego, a właściwie dzięki niemu, jesteśmy w tej chwili tu, gdzie jesteśmy. To skauting dał nam siłę, wiarę i przyjaciół, z którymi bez wahania możemy realizować marzenia. Nawet ciężka i długa podróż daladala nie zniszczyła w nas wspomnień tego miejsca, tego dnia.

A przed nami jeszcze wieczór… który ostatecznie okazuje się tutaj jednym z najciekawszych momentów. Wczoraj znów spędziliśmy w hotelowej restauracji parę godzin, rozmawiając z mieszkańcami Seszeli i Dubaju… Na początku nie było łatwo, ale ostatecznie otrzymaliśmy całkiem ciekawą propozycję, i to nie tylko natury towarzyskiej. Nareszcie! Co z tego będzie, jeszcze zobaczymy, tymczasem rozkoszujemy się ostatnimi dniami w Afryce. Jutro wyruszamy do afrykańskiej szkoły i na spotkanie prawdziwych, kenijskich skautów!

Do usłyszenia!
My


U kenijskich skautów

9 września, 2009

Dzisiejszy dzień upłynął nam na skautowych działaniach. Dzięki Joshowi trafiliśmy do kenijskiej Głównej Kwatery, która niewiele ma wspólnego z naszym budynkiem na Konopnickiej. Kenijscy skauci mogą poszczycić się całym skautowym ośrodkiem, pełnym miejsca i sprzętu nie tylko dla szefów, ale i zwykłych harcerzy. Wciąż coś się tam dzieje, trwają też przygotowania do Moot 2010, który będzie miał miejsce właśnie w Kenii. Trafiliśmy nawet na spotkanie szefów kontyngentów na tenże zlot. Oprócz skautów spotkaliśmy sporo małp i psów, równie bardzo zainteresowanych naszą obecnością.

Nasza wędrówka skautowa skończyła się w skautowym sklepie w budynku, nazywanym tu domem Baden-Powella. Do jego prawdziwego domu jedziemy jednak jutro. Z Joshem możemy bez wahania skorzystać z komunikacji miejskiej, co pozytywnie wpływa na nasz budżet. To dobrze, gdyż jeszcze dziś rano zmieniliśmy hotel na odrobinę droższy – Kipepeo. Droższy, ale za to pozbawiony robali. Zgodnie z sugestią towarzyszy powiem to otwarcie – pozbawiony karaluchów. Za to wyposażony w sejf, ciepłą wodę, ręczniki dla każdego i Cartoon Network 🙂

Wieczór znów planujemy spędzić w hotelowej restauracji. To bezpieczniejsze, niż chodzenie po ulicach, a przyspaża równie wiele przygód… Wczoraj na przykład mieliśmy okazję poznać kolejnego Murzyna, który spędził z nami sporo czasu ryzykując kłótnię ze swoją dziewczyną. Nawet zapewnienia Johna przez telefon, że nie musi być o nas zazdrosna, mogły okazać się niewystarczające. Nasz nowy kolega wykazał duże zainteresowanie naszym krajem, oferował też szeroką pomoc w różnych dziedzinach, szczególnie towarzyskich. Z niecierpliwością czekamy na kolejny wieczór i jutrzejszą podróż do Paxtu.

Pozdrawiamy jak zawsze ciepło 🙂
My


Safari, Masajowie i dzikie zwierzęta

8 września, 2009

Hello!

Witamy Was po kilkudniowej przerwie. Była to przerwa pełna wrażeń, które niełatwo ująć teraz w sensowne zdania. Jak wiecie, ostatnie trzy dni spędziliśmy na safari. Co to były za trzy dni! Widzieliśmy z bliska, bardzo bliska, w odległości paru metrów od nas: lwy, słonie, żyrafy, zebry, antylopy, hipopotamy, krokodyle, Timona i Pumbę, hieny, lamparty i gepardy, sępy, strusie… i małpy, które ukradły nam banana! Do tego niesamowity wschód i zachód słońca nad parkiem pełnym zwierząt. Poza tym szalony kierowca… innymi słowy – Hakuna Matata! No problem!

Oprócz Masai Mara – parku narodowego – mieliśmy też okazję zwiedzić wioskę masajską. Było to dość dziwne doświadczenie. To na pewno bogata i niesamowita kultura, zupełnie różna od naszej. Zwiedzając ich wioskę mieliśmy jednak świadomość, że wszystko, co dla nas robią, jest na pokaz, dla turystów, którzy gotowi są zapłacić za wejście do wioski. Mimo to udało się zrobić prawie 300 „naturalnych” zdjęć – np. dzieciom, które nie były jeszcze zainteresowane sprzedażą naszyjników i innych pamiątek.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro wyruszymy do obozu skautowego.

Pozdrowienia z Nairobi!
My


We survived daladala!

6 września, 2009

Witamy ponownie 🙂

Tym razem piszemy do Was z Kenii. Z Nairobi, do ktorego wróciliśmy po długiej, bardzo długiej podróży daladala – miejscowym autobusem. Od razu zrozumieliśmy znaczenie napisów na koszulkach, które jeszcze wczoraj widzieliśmy w Tanzanii – I survived daladala. Otóż, drodzy przyjaciele, my również survived. A nie było to znów takie proste… W dodatku trzy najblizsze dni również spędzimy w afrykańskim pojeździe, jeżdżąc po afrykańskich parkach narodowych i wypatrując dzikich zwierząt.

Tymczasem powracamy do kenijskich klimatów, zupełnie innych niż tanzańskie… Już minutę po opuszczeniu busa byliśmy otoczeni tą samą siatką murzyńskich znajomości, co pierwszego dnia w Afryce. Okazuje się, że nawet kenijski numer nie jest nam do końca potrzebny, gdyż właściciele firm prowadzących safari dzwonią do nas na numer Murzynów stojących obok, którzy ni z tego, ni z owego podają nam swój telefon, mówiąc, że to do nas…

Wieczór zamierzamy spędzić w hotelowej restauracji, być może w towarzystwie poznanych wcześniej kenijskich znajomych…

Do usłyszenia po powrocie z safari! 🙂

My


Plany na nadchodzące dni

4 września, 2009

Po trudach zdobywania Kilimandżaro przyszedł czas na leczenie zakwasów i chwilę relaksu.

Zaczęło się od wieczoru w afrykańskim pubie, w którym wczoraj razem z naszymi przewodnikami z Kilimandżaro siedzieliśmy do 2 w nocy. Początkowo mieliśmy nadzieję pojechać z nimi również na safari, negocjacje wykazały jednak, że ceny safari w Tanzanii są dużo droższe niż w Kenii. Ostatecznie więc zdecydowaliśmy się wrócić do Nairobi. Będziemy tam jutro po południu, pojutrze ruszamy na podbój parków narodowych.

Tymczasem dziś przez cały dzień zwiedzaliśmy Arushę, próbując poznać nie tylko jej główną ulicę, pełną Murzynów, którzy koniecznie chcą nam sprzedać pamiątki, ale też drogi i miejsca zdecydowanie rzadziej odwiedzane przez białych ludzi. W taki też sposób trafiliśmy do murzyńskiej szkoły, poznaliśmy jednego z pracujących tam nauczycieli, odwiedziliśmy trochę stoisk, odprowadzani wzrokiem mieszkańców Arushy. Mieliśmy też okazję delektować się obiadem nieco innym  niż zazwyczaj. Oprócz tradycyjnego kurczaka dostaliśmy specjalne przyprawy i sosy.

Jutro czeka nas wielogodzinna podróż do Kenii – korzystamy więc z ostatnich tanzańskich chwil, myśląc o Was nieustannie 🙂

My 🙂


Góra już oficjalnie zdobyta!

3 września, 2009

Poniżej mail od naszych zdobywców. Dziś spędzają noc w hotelu w Arushy, jutro najprawdopodobniej wyruszają na safari, potem pewnie z powrotem do Kenii na spotkanie ze skautami – dokładne wieści w ciągu najbliższych dni, chyba sami jeszcze nie wiedzą, na co w dalszej kolejności się zdecydują 🙂

To wcale nie tak łatwo opisać te 5 dni wędrowania po Parku Narodowym Kilimandżaro. Kolejne minuty zbieramy się do napisania tego postu i słowa wcale nie chcą się kleić. Bo jak napisać w kilku zdaniach to wszystko, co teraz czujemy, to że zrealizowaliśmy nasze marzenie, to że wdrapaliśmy się na tą wielką górę, że dwoje z nas dotknęło tabliczki na samym jej szczycie. Jesteśmy szczęśliwi. Taka jest prawda, udało nam się zdobyć Kili, udało nam się zrealizować marzenie. Udało nam się przekroczyć granice – te geograficzne, ale przede wszystkim te w nas samych.

Dziś jeszcze trudno pisać nam o tym, co czujemy, ale chcemy żebyście wiedzieli, że bez Was i Waszego wsparcia, świadomości, że gdzieś tam w Polsce siedzicie przed monitorami komputerów i trzymacie za nas kciuki, na pewno nie udało by nam się osiągnąć tego, co osiągnęliśmy. Jeśli my daliśmy radę to i Wy dacie, więc uwierzcie w siebie tak jak i uwierzyliście w nas.

Tymczasem biegniemy do hotelu pod upragniony prysznic!!!

My


Pozdrowienia z 3700 m n.p.m.!

2 września, 2009

Dzisiaj, 17.47, SMS od Kasi:

Żyjemy 🙂 Szczegóły jutro wieczorem mailem. Bez wątpienia jesteśmy szczęśliwi, zmęczeni i niedospani. Pozdrawiamy z wysokości 3700, czy jakoś tak 🙂

Zaraz potem udało mi się na kilka minut połączyć z Tanzanią – Kilimandżaro zdobyte 😀 Jutro cały dzień schodzą, jadą do Arushy i… pomyślą co dalej 🙂 Tymczasem czekamy na obszerniejszy list!


SMS z 2700 m n.p.m.

30 sierpnia, 2009

Dzisiaj, godzina 16:10 czasu polskiego:

Żyjemy! Jesteśmy na 2700, pijemy właśnie herbatkę i śpimy w domku. Czyli, krótko mówiąc, nie możemy uwierzyć w to, jak bardzo cywilizowana jest to góra 😛 Mamy zaciesz 😛


Dzień przed wyprawą na Kilimandżaro

29 sierpnia, 2009

No i stało się. Polały się pierwsze łzy. Wzruszenia oczywiście 🙂 Zapewne nie tak trudno zgadnąć, czyje to też łzy były… Ale zacznijmy od początku 🙂

A początek miał być o 6 rano. Ale niestety… nasza koleżanka Magda tylko trochę poradziła sobie z ustawieniem budzika, przez co wstaliśmy o 6.56 – 4 minuty przed teoretycznym przyjazem autobusu, który miał nas zabrać do Arushy. Jeszcze chyba nigdy nie pakowaliśmy się w takim tempie. Ostatecznie okazało się, że całkiem niepotrzebnie, gdyż autobus przyjechał o 8.20… ponieważ firma, od której wynajęliśmy autokar o nas zapomniała. Rano mieliśmy też okazję spotkać Josha, który uratował nam życie, pożyczając przejściówkę. Jest więc nadzieja, że nasza kamera, aparaty i telefony, dotrwają do końca wyjazdu.

Potem czekała nas długa i niełatwa jazda do Arushy. Każdy z nas ma w tej kwestii swoje własne wspomnienia… Pomijając niewygodne pozycje, sporym przeżyciem było dla nas kupowanie tanzańskiej wizy, a w końcu sam wjazd do Tanzanii…

To zupełnie inny świat, nieporównywalny z cywizilzacją, która czekała na nas w Nairobi. Jesteśmy tu chyba o krok bliżej prawdziwej Afryki. Jechaliśmy przez stepy, mijaliśmy zakurzone wioski, kobiety z wiadrami i koszami na głowach, Masajki, strusia, zebry, wielbłąda, martwą krowę, wielkie kaktusy, kopce termitów i wiele, wiele innych atrakcji… Aż dojechaliśmy do Arushy. I rozpoczęliśmy negocjacje w kwestii ceny za wejście na Kilimandżaro. Tu niezastąpiona okazała się Kasia, dzięki której zapłaciliśmy ostatecznie dużo mniej, niż mieliśmy zapłacić.

Potem poszliśmy na tanzański obiad, po drodze mijając budynek, z którego dochodziła muzyka… Postanowiliśmy wstąpić na chwilę. Okazało się, że kościelny chór właśnie odbywa próbę. I to tam pojawiły się łzy. Pierwszy raz mieliśmy okazję obserwować Afrykę z bliska, Afrykę bez Murzynów, którzy chcą nam coś sprzedać… A teraz spędzamy swój ostatni spokojny wieczór na normalnej wysokości. Już jutro wyruszamy na Kilimandżaro!

Trzymajcie za  nas kciuki!
My

Anna, Kasia, Magda, Marcin i Zbyszek od jutra będą w trasie, prawdopodobnie nie będą mieli możliwości skorzystać z internetu. Niemniej mają pisać smsy do Josha, które będę Wam na bieżąco przekazywać. Od kiedy mają przejściówkę, można do nich przysyłać wiadomości na polskie numery telefonów komórkowych. Jeśli chcecie dzwonić, podaję lokalny numer komórkowy, który co jakiś czas włączają:

+254 718 165 675

Sprzed komputera pozdrawia
Jan


Relacja z innej strony

29 sierpnia, 2009

Dzisiejszy list od Josha:

Hi,
I met the group yesterday, they are doing well and enjoying. We talked in length till late hours and again was at the hotel they were staying this morning just before they left for arusha Tanzania. Will try to be in touch with them to know how they are doing till they reach Arusha.

I am to plan an itinerary for them for going to see where Baden Powell was staying while in Africa and the place he was buried, it’s around 4 hours drive from Nairobi. They also wanted to meet my scouts so am to arrange for that, will be touch about their progress.

Chao, and Bravo!

A dla nieanglojęzycznych moje swobodne tłumaczenie:

Spotkałem się z nimi wczoraj, mają się dobrze i są bardzo zadowoleni. Rozmawialiśmy długo do późnych godzin nocnych. Dziś też byłem w hotelu, w którym się zatrzymali, zaraz przed tym jak wyjechali do Arushy w Tanzanii. Spróbuję utrzymywać z nimi kontakt zanim tam dojadą, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Mam zaplanować dla nich wycieczkę do miejsca, gdzie zatrzymał się Baden Powell podczas podróży po Afryce, oraz miejsca jego pochówku. To około cztery godziny jazdy z Nairobi. Chcą również spotkać się z moimi skautami, czym też się zajmę. Będę dawać znać jak im idzie.